sobota, 19 stycznia 2013

Polish Top 10 - 20 stycznia 2013

W pierwszych tygodniach nowego roku na polskich listach przebojów zdecydowanie dominują panie. Na pierwszym miejscu mocno trzyma się Rihanna, która udowadnia, że diamenty to nie tylko najlepszy przyjaciel kobiety, ale i materiał na muzycznego hita. A jeśli stoi za nimi taki melodyk jak Sia, to ja nie mam nic do dodania. Kolejne wydanie Rihanny, które kocham. 
 
Na drugim miejscu najwyższa polska propozycja - sukces na niemal wszystkich polach - wysoko na listach przebojów, rekordy odtworzeń na Facebooku i liderka aircharts. Nie wiadomo tylko, czy za singlowymi sukcesami Eweliny Lisowskiej podąży sprzedaż jej debiutanckiego krążka, który wkrótce ma się ukazać. Jak wskazują przykłady Juli, Rafała Brzozowskiego czy Loki, hity singlowe nie generują wysokiej sprzedaży płyt.
 
 Trzecie miejsce to pozytywna i słoneczna Imany, której sukcesu nie ma potrzeby komentować. Zasłużona pozycja. 

Podobnie jak  - jak już wiecie - moja ukochana Pink. Wciąż próbuje i ciągle w czubie. Cieszy, że doceniona na polskim rynku, ale może sęk tkwi w tym, poza świetną piosenką, że nasze pop-rockowe wokalistki wyraźnie dołują, grają w reklamach albo studiują. 

Pierwszy mężczyzna na liście to nowe wcielenie Stinga z The Police, czyli Bruno Mars i "Locked out of heaven" Pisałam już, co czuję do tej piosenki. Nie będę się powtarzać.

Za oknem zima zła, a piosenka o letnim smutku trzyma się nieźle. Na szóstkę. Nie jest to moja ukochana piosenka Lany del Rey, ale w jej temacie znów jestem pod prąd - lubię dziewczynę i uważam, że wnosi na muzyczną scenę coś fajnego, choć jej występy live nie są jej mocną stroną. Wypada w nich jednak lepiej niż Tatiana Okupnik. 

Na siódmym miejscu piosenka, którą znam najsłabiej z czołówki, choć Emeli Sande zrobiła na mnie ogromne wrażenie podczas ceremonii zamknięcia igrzysk. Bardziej wzruszył mnie chyba tylko Brian May i jego fenomenalna gitarowa solówka, a przy tym myśl, co by było, gdyby Freddie tu był.

Ósme miejsce to niekwestionowany przebój, choć wielu chciałoby, żeby tak nie było. Ja nie mam tej dziwnej spinki przy słuchaniu i wyrażaniu swojej opinii na temat kawałka Weekendu "Ona tańczy dla mnie" Muzycy, którzy wyrażają dezaprobatę i rozczarowanie polskim społeczeństwem, bo łyknęło taką nutę są dla mnie śmieszni tym bardziej, że nierzadko tworzą wcale nie ambitniejsze zonki. Disco Polo jakie jest, każdy wie. Weekend nie stara się wyjść poza ten nurt, udawać popowego zespołu. Większość naszych radiowych twórców chwytałoby podobny sukces niczym chytra baba z Radomia napój. 

Dziewiątka, a może raczej "dziewiat", bo tu uplasował się Lemon i "Będę z Tobą" Szkoda, że ulegli radiowemu pressingowi i spłaszczyli ten kawałek, bo wersja koncertowa wywołuje ciary. Mimo to zasłużona pozycja i mam nadzieję, że to dopiero początek sukcesów tego zespołu. Głos Igora to jeden z moich aktualnie ukochanych męskich wokali - połączenie jazzowego tembru z mocnym grunge'owym wygarem.

Top 10 zamyka Lykke Li. Jakim cudem udało sie temu kawałkowi przedrzeć przez radiową komercję, pojęcia nie mam, ale cudownie, że takie rzeczy się jeszcze zdarzają. Uzależnia.

Co poza Top 10? Jak widać, Enej i Adele - dwa znaczące byty muzyczne. Poza tym, do ataku szykują się Justin Timberlake i David Bowie. A więc to może być rok pod znakiem męskiej muzyki. Oby.


piątek, 18 stycznia 2013

Patrycja Markowska - Alter Ego

Nowy klip Patrycji Markowskiej pojawił się dość niespodziewanie. Obejrzałam go chwilę temu i do teraz nie mogę się pozbierać. Patrycję lubię, zdaje się być fajną babką, do tego niezłą pop-rockową wokalistką. Wydaje się, że opierała się tym wszystkim marketingowym chwytom, po które bez oporu sięgają inne wokalistki, nie tylko w naszym rodzimym kraju. Tymczasem okazuje się, że alter ego Patrycji Markowskiej to Doda, albo inna Lady Gaga. Blond włosy, mocny make-up, dym papierosa, wytatuowany model, z którym bohaterka tarza się w spazmach na łóżku - to typowe elementy współczesnego klipu dziewczyny, która nie ma zbyt wiele do powiedzenia i nie ma za bardzo na siebie pomysłu. Nie sądziłam, że Patrycja taka właśnie jest, ale klip zapewne pohula trochę po Pudelku, więc akcja promocyjna zakończy się sukcesem.

Sama piosenka bez szału. Melodia nieszczególnie zapamiętywalna, rockowych wykopów brak, wokal nie do końca wykorzystany, bardziej wyjęczane niż wyśpiewane. To wrażenia po pierwszym przesłuchaniu, więc nie wykluczam, że za czas jakiś zdanie zmienię. Wtedy na pewno uaktualnię wpis. Tymczasem wyróbcie sobie własną opinię:
Piosenka zapowiada nową płytę Patrycji, która ma się ukazać około marca/kwietnia 2013

Bruno Mars - Locked out of heaven

Chyba nie tylko ja, słuchając tego kawałka, mam wrażenie, jakbym odkryła jakiś niepublikowany utwór The Police. "Message in the bottle" - część druga. W przeciwieństwie do plagiatów i bezczelnych zapożyczeń, uwielbiam takie sytuacje, a "Locked out of heaven" kocham coraz bardziej z każdym kolejnym odsłuchem. To ten rodzaj komercyjnego popu, którego słucha się z przyjemnością i komfortem. Niespłaszczony komputerową obróbką, nieprzekombinowany ozdobnikami, bez niepotrzebnych przydechów, jęków i stępów. Genialny. Myślę, że sam Sting jest pod wrażeniem i być może kiedyś usłyszmy obu panów w duecie, czego sobie i Wam życzę.

Każda ryba chce być BEYONCE

Kiedy byłam małą dziewczynką, chciałam być piosenkarką. Chciałam wtedy być  jak Whitney Houston, nieco później jak Edyta Górniak. Na szczęście, na długo przed powstaniem YouTube, gdzie każdy może dziś umieścić próbkę swojego talentu, zorientowałam się, że takowego nie posiadam. Dziś wszystkie dziewczynki, które w mniejszym lub większym stopniu umieją śpiewać i mają jakiś tam zasięg oktaw, chcą być jak Beyonce. Śpiewać jak Beyonce, ruszać się jak Beyonce, mieć takiego Jaya-Z jak Beyonce i zarabiać jak Beyonce. Niektóre dziewczynki chcą nawet mieć takie piosenki jak Beyonce, a co gorsze, na chceniu nie poprzestają. Absolutnie nikogo nie posądzam o plagiat, bo nie wiem dokładnie, jak to jest z nutkami i taktami, ile musi się powtarzać, by coś w świetle prawa za plagiat uznać, ale moje uszy podpowiadają mi, że ktoś mocno się Beyonce inspirował. Posłuchajcie tej piosenki:

A teraz oddajmy głos Beyonce, choć większe podobieństwo zauważylibyście, gdyby obie panie zamilkły:




 Sorry Ewa, nie znamy się, ale po co Ci to? To nie Ty jesteś Beyonce.

Bardziej niż samo podobieństwo obu piosenek irytujące jest, że nikt tego nie zauważył, bądź nie chce zauważyć, bo Ewa Jach nie jest jedyną, która podpiera się repertuarem innych.

Wstęp mile widziany

Zbieram się do tego bloga od miesięcy. Nie brakuje tematów, piosenek i płyt. Inspiracja goni inspirację, wniosek wykluwa się za wnioskiem, aż w końcu dzisiaj się udało. Zauważyliście, że choć nie brakuje świetnych piosenek, to stacje radiowe migają się od nich, albo wypychają je na nocne playlisty, promując bylejakość popartą układem z firmą fonograficzną. Jednak nie zawsze komercja oznacza zło i traktowanie słuchacza jak naiwniaka, który kupi każdy fałsz zatarty na auto-tune. O tym też tu będzie, ale ponieważ troszkę poznałam  nasz muzyczny ryneczek, nieco orientuję się w układach i układzikach, będę chciała Wam zwrócić na pewne sprawy uwagę, np. jak to firmy wpływają na popularność średnich kawałków na listach przebojów. Sprawa nie kończy się bowiem na częstotliwości odtwarzania danego kawałka na playliście.

Na moim blogu znajdziecie piosenki z gatunku szeroko pojętego popu, których słucham z przyjemnością, ale i te koszmarnie złe (nie mam tu na myśli ani PSY, ani WEEKENDU, bo każdy z hitów tych wykonawców ma swoje dobre strony, a lament nad ich jakością jest przesadzony). Nie musicie zgadzać się z moją opinią, ale z góry proszę o jej uszanowanie. Dyskusja mile widziana, ale trzymajmy się pewnego poziomu. Będę chciała tu recenzować płyty, bo coraz rzadziej znajduję recenzje komercyjnych albumów, a szkoda. Będzie o plagiatach i dziwnych podobieństwach. Będą plotki i świństwa z rodzimego ryneczku, które udaje się zamiatać pod dywan. Będzie i muzyka, i szoł-bagno.

Zapytacie, co to za dziwna nazwa bloga: 90,13. To żaden szyfr, tylko moja osobista częstotliwość muzyczna. Kocham lata 90, choć i 80 są mi bliskie. Jednak muzyka okresu dojrzewania wywarła na mnie większe piętno niz ta z okresu dzieciństwa. I to pomimo tego, że swojego muzycznego idola poznałam mając lat kilka. Oddając mu hołd, mogłabym do tej częstotoliwosci dodać jego inicjały - FM. W końcu "Show must go on..." Trzynastka po przecinku to współczesność, czyli to, co aktualnie dzieje się w muzyce popularnej, radiowej, i na YouTube. 

Na dobry początek, jeden z moich przebojów minionego roku, jak i początku nowego. Na dobrą wróżbę. Słuchając go myślę sobie czasem, co by było, gdyby pewna polska wokalistka zamiast przechadzać się na golasa po sklepie ze sprzętem AGD nagrała coś w stylu tej pani, która mimo pseudonimu nigdy nie kojarzyła mi się z różem. Pink - Try